poniedziałek, 3 listopada 2014

Dzień dziesiąty.


Dwa poprzednie dni były dla mnie trudne do tego stopnia, że nie byłam w stanie na bieżąco ich opisać. Dziś niby nie jest lepiej, bo nadal beznadziejnie, aczkolwiek odrobinę stabilniej.
Tak potwornie bałam się o Ciebie wczoraj. Zero jakiegokolwiek odzewu po dobitnych słowach poprzedniej nocy, że nie wytrzymasz dłużej i prawdopodobnie się zabijesz. Raniłaś swoje ciało i głos Ci się załamywał w chwili, gdy udało mi się do Ciebie dodzwonić. A później przerażająca cisza. Cały kolejny dzień przesiedziałam jak na szpilkach i tylko wyczekiwałam godziny dwudziestej pierwszej, by zadzwonić do kogoś i spytać, czy dotarłaś cało. I uwierz mi, że kamień spadł mi z serca.

Dziś dzwonisz tak po prostu, jakby cały ten miniony tydzień nie istniał i pytasz, czy przyjdę na kawę. Głupieję. Odbiera mi mowę i chyba to czujesz. Z ogromnym bólem odmawiam, bo zdaję sobie sprawę z tego, że wyglądam dziś jak upiór: brudna, cuchnąca i od dwóch dni w piżamie. Nie obiecuję, że zobaczymy się jutro, ale Ty odbierasz moje słowa w wygodny dla siebie sposób. Chyba powinnam do tego przywyknąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Template by Nielivka